Kiedyś zmienię być może coś konkretniejszego. Muszę dojść do stałego porządku. Ciekawe czy Bogu jest dumny ze mnie i z Panny Pokli za ten Kościelny Szyk. Muszę policzyć ile to już koszulek liczy Kościelny Szyk. Z trwogą myślę o rekolekcjach wielkanocnych. Całe szczęście jeszcze dużo czasu. Jeszcze jest zima. Jeśli znowu mam leżeć ledwo co żywa i niewierząca to ja dziękuje bardzo.
Szczerze mówiąc nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo rodzina wpływa na życie człowieka. Nie chce mi się wracać do domu. Wszędzie, byleby tego nie słuchać. Najgorsze jest to, że nie wiem co wtedy czuję. Chyba nic. Nie, nie potrafię tego nazwać.
Muszę porozmawiać z pewnym Jezusem, Tatą bądź Sarayu w bardzo pięknej postaci. Mam ochotę. Wielką. Podobną do tej kiedy chciałam narysować Jezusa na zeszycie od religii, ale tego nie zrobiłam.
Nie potrafię się określić.
Zrobiłam dziś coś wymagającego, przynajmniej w moim przypadku, ogromnej odwagi. Wciąż pamiętam głośne, rytmiczne stukanie mojego serca. Jestem z siebie zadowolona.
A teraz wstawię zdjęcia dla samej siebie i udokumentowaniu tego, że te piękne chwile się wydarzyły.
Smutna Magda, która była wesoła. Piąta od lewej.
A w środku Jezus.
Dzieło moich rąk. Biszkopt opadł dwa razy.
Przyjemna męka :)
Tiru-riru - jak mawiam kiedy jestem szczęśliwa.
No i ten głupi aparat! Miało być widać tylko moje babeczki.
Babeczki na szczytny cel. Kiedy to było? Chyba z tydzień temu.
Byłam okropnie zmęczona po zrobieniu około 70 babeczek, ale
jaka szczęśliwa. I ja się pytam:gdzie to szczęście uleciało?
Muszę pogadać z Tatą.