wtorek, 27 listopada 2012
niedziela, 4 listopada 2012
wtorek, 4 września 2012
czwartek, 9 sierpnia 2012
Walka trwa.
Ładuje swoją mózgownicę w wakacje. Ale zbyt dużo wolnego czasu nie jest dobre, a wiem to z własnego doświadczenia. Można na przykład nic nie robić, albo oglądać głupie filmy. Można też robić wiele produktywnych rzeczy. Jeżeli ma się czas i odwagę można nawet spotkać Boga na ulicy. Jeżeli się chce. Nie tylko na ulicy. Ludzie mi mówią, że zwariowałam. Nie dosłownie, ale patrzą na mnie jakbym była niespełna rozumu. Rozważałam tę opcję także, ale to nie to. Tyle we mnie miłości (nie mojej), że wariuję. I to wydaje mi się dziwnie normalne. Chciałabym umrzeć. "Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk" (Flp 1,21). Lubię myśleć, że wszystkie chwile z mojego życia zbiegły się, by przyprowadzić mnie w pewne cudowne miejsce w te wakacje. Wierzę, że tak było.
Ludzie są, ale jakby ich nie było. Kocham ich, ale są tacy... przyziemni? Ja stoję na ziemi tylko jedną nogą. Nie czuję przywiązania. Skąd mi się to wzięło? Od kiedy? Nie polegam już na istotach, przyszło mi to samo z siebie. Znalazłam swoją własną górę, swoją własną drogę do szczęścia. I kiedy patrzę z perspektywy czasu to mogę stwierdzić, że stał się cud. Wierzę, że dalej będzie trwał. Mój Pan mnie uzdrowił, wyleczył. A ja? Tylko Go poprosiłam. I prosiłam o to codziennie, a Jemu chyba spodobała się moja wytrwałość. Myślę, że jestem wyzwolona, gotowa do miłości i walki.
I Jonsi, bo się nie powstrzymam. Jonsi, bo to moja (ostatnio) miłość muzyczna.
Ludzie są, ale jakby ich nie było. Kocham ich, ale są tacy... przyziemni? Ja stoję na ziemi tylko jedną nogą. Nie czuję przywiązania. Skąd mi się to wzięło? Od kiedy? Nie polegam już na istotach, przyszło mi to samo z siebie. Znalazłam swoją własną górę, swoją własną drogę do szczęścia. I kiedy patrzę z perspektywy czasu to mogę stwierdzić, że stał się cud. Wierzę, że dalej będzie trwał. Mój Pan mnie uzdrowił, wyleczył. A ja? Tylko Go poprosiłam. I prosiłam o to codziennie, a Jemu chyba spodobała się moja wytrwałość. Myślę, że jestem wyzwolona, gotowa do miłości i walki.
I Jonsi, bo się nie powstrzymam. Jonsi, bo to moja (ostatnio) miłość muzyczna.
Może naprawdę zwariowałam?
środa, 25 kwietnia 2012
"I znów iść i dojść do celu..."
A to tylko jeden problem z wielu. Jeszcze jakiś bal, jeszcze jakiś biwak, a potem?
Nie wiem co mam robić. Co wybrać. Antygona przychodzi mi na myśl. Tak sobie myślę, że ten Bóg przecenia moje możliwości. Myśli, że dam radę? Oczywiście, że nie, przecież zna moją nędzę. Chodzi o to żeby nie troszczyć się zanadto o jutro. Łatwo powiedzieć. Sama nie dam rady, ale nie jestem sama.
"Nie bój się córko Moja, wolą Moją jest, abyś tu była, Plany ludzkie pokrzyżują się, i muszą się dostosować do woli Mojej."
Dzienniczek św. Faustyny
Chyba zacznę czytać Gałczyńskiego.
niedziela, 8 kwietnia 2012
czwartek, 22 marca 2012
Godcident.
Ten teledysk (i piosenka) sprawia, że okropnie tęsknie za dzieciństwem. Myślę jednak, że być może, w następnym tygodniu poczuję się lepiej. Będą rekolekcje (czyt: więcej czasu wolnego), odwiedzę Melancholy hill.Nie ma accident'ów (tu:przypadków) są tylko godcident'y. Miło jest być miłym dla innych. W głowie dźwięczą mi pewne słowa (Kocham Cię, Twój tatuś, Bóg wszechmogący), ale, o raju, mając taką wiedzą, nadal jestem tchórzem. Wstaję, upadam, upadam, wstaję, przegrywam walkę kiedy się poddaję. A dziś doszłam do pewnej prawdy żegnając się szybko i mówiąc:"Pa Jezu, dzięki za zbawienie". Idiotyzm tego zdania wciąż mnie nie opuszcza.
Tak właśnie zachowywałam się przez całe moje życie. Tak, Jezu, zmartwychwstałeś, tak (pewnie)
tak było. W sumie to dobrze zrobiłeś, ale ja teraz muszę iść odrabiać lekcję/wyjść z Rickiem/do
dentysty/do lekarza/ do koleżanki czy Bóg wie gdzie jeszcze, Jezu. A Ty cierpliwe czekałeś 16 (!) lat. "Określiłem dokładny czas Twojego urodzenia i miejsca zamieszkania" - mówisz. I tak sobie myślę kiedy patrzę na wychudzone dziecko z Afryki, Boże, ile ja mam. I nie będę pisała więcej, bo znowu wychodzi pisanina dla siebie. Po prostu odeślę do tego. Zwykłam pisać ten adres, wrzucać go do koperty, podpisywać, denerwować się, prosić o pomoc przyjaciółki i wysyłać osobą, które (pomogły w) ratowaniu mi życia. Tak właśnie zwykłam robić.
niedziela, 11 marca 2012
środa, 29 lutego 2012
Dla siebie,
K:Uuu, ksiądz wzywa imię Pana Boga nadaremno!
Ks:Żebym ja Ci zaraz uwagi na daremno nie wpisał.
Nadal mnie to śmieszy :)
Zrobiłam sobie wymyślną fryzurę i rozważam czy pójść w niej jutro do szkoły. Jednak są tam jakieś plusy mieszkania w Londynie. Można na przykład robić sobie wymyślne fryzury i nikt nie zwraca na Ciebie, jakoś specjalnie, uwagi. A poza tym..
Szkoła to niedobre miejsce.
Nie powinno się tam wracać.
A tym bardziej przychodzić.
Śnił mi się dzisiaj (prawdopodobnie) najpiękniejszy sen w moim życiu. I miałam ogromną ochotę opowiedzieć go komuś, najlepiej całemu światu, a kiedy opowiedziałam go kilku osobom doszłam do wniosku, że on wcale nie jest najpiękniejszy, ale kiedy ja byłam w tym śnie to był. Gmatwam. Śnił mi się Bóg-przyjaciel, śnił mi się ks.Michał, który powiedział mi dobrą radę. I go dziś posłuchałam. No i było coś jeszcze. Wieczorem, jak za starych dobrych czasów, postanowiłam porozmawiać sobie z Tatą i powiedziałam mu, a raczej poprosiłam by obudził mnie wcześniej, bo muszę wyjść z Rickiem, a jeśli nie wstanę za wcześnie, by moje usta nie stały się przyczyną grzechu (czyt:żebym nie miałam pretensji do mamy). I... obudziłam się kilka minut przed budzikiem. A najlepsze jest to, że ja uwierzyłam. Wiem, wiem, to tylko taka zasada. U mnie jest tak:Kładę się wcześnie ---> późno wstaję. Kładę się późno ---> wcześnie wstaję. Ale ludzie właśnie tacy są. Szukają dowodu na to, że nie istnieje Stwórca. Ja taka jestem. Nie znoszę takiej siebie.
Myślę, że wkroczyłam na dobrą ścieżkę. O ile są jakieś ścieżki. Błądzę, pukam, szukam, ale chyba o to chodzi. Tak jak pisał Gaarder. To "coś" musi przeniknąć całą mnie, muszę to "coś" przekazywać całemu światu. Nie mogę tylko zagłębiać się w pewne zakamarki mojego umysłu. Jeszcze nie jestem gotowa. Doszłam jednak do pewnej prawidłowości Bóg jako przyjaciel=szczęście. Nie potrafię tylko żyć w przekonaniu, że dzieje się tak, bo urodziłam się w takiej a nie innej rodzinie. Nie. Nie potrafię tego pojąć. Nie rozumiem takiej "sprawiedliwości". Nie wiem czemu dostałam trzy z matmy chociaż uczyłam się całe popołudnie, a ktoś inny dostał pięć, chociaż w ogóle się nie uczył. Nie wiem czemu, niektórzy umierają z głodu a inni z przejedzenia. Czemu, Boże? Nie wiem czemu chcę pomóc całemu światu. Nie mam zielonego pojęcia! Nie wiem też dlaczego tłumię to w sumie. Pewnie dlatego, że brak mi odwagi. Zresztą przecież oni dla mnie nic nie znaczą. Lubię ich, tak, ale za pół roku nie powiedzą mi nawet "cześć" na ulicy? Więc dlaczego byłam taka zadowolona kiedy pożyczyłam Karolinie Pismo? Albo kiedy zaniosłam Oli zeszyt od matmy? Kiedyś byłam... inna? Może pod tym względem zmieniłam się na lepsze, ale większy kontakt z ludźmi oznacza mniejszy kontakt z Gabrielem. Już nie piszę, bez niego to do niczego nie prowadzące męki.
Mama sprząta. Czuję, że muszę jej pomóc. Zresztą czeka mnie matematyczno-biologiczno-geograficzno-fizyczno-chemiczna powtórka. Hm, może nawet nie zaczynać?
Nie pamiętam już czasów kiedy pisałam coś konstruktywnego. To kolejna notka dla siebie, ale zawsze pomaga. Mi oczywiście.
Boję się piątku.
Ks:Żebym ja Ci zaraz uwagi na daremno nie wpisał.
Nadal mnie to śmieszy :)
Zrobiłam sobie wymyślną fryzurę i rozważam czy pójść w niej jutro do szkoły. Jednak są tam jakieś plusy mieszkania w Londynie. Można na przykład robić sobie wymyślne fryzury i nikt nie zwraca na Ciebie, jakoś specjalnie, uwagi. A poza tym..
Szkoła to niedobre miejsce.
Nie powinno się tam wracać.
A tym bardziej przychodzić.
Śnił mi się dzisiaj (prawdopodobnie) najpiękniejszy sen w moim życiu. I miałam ogromną ochotę opowiedzieć go komuś, najlepiej całemu światu, a kiedy opowiedziałam go kilku osobom doszłam do wniosku, że on wcale nie jest najpiękniejszy, ale kiedy ja byłam w tym śnie to był. Gmatwam. Śnił mi się Bóg-przyjaciel, śnił mi się ks.Michał, który powiedział mi dobrą radę. I go dziś posłuchałam. No i było coś jeszcze. Wieczorem, jak za starych dobrych czasów, postanowiłam porozmawiać sobie z Tatą i powiedziałam mu, a raczej poprosiłam by obudził mnie wcześniej, bo muszę wyjść z Rickiem, a jeśli nie wstanę za wcześnie, by moje usta nie stały się przyczyną grzechu (czyt:żebym nie miałam pretensji do mamy). I... obudziłam się kilka minut przed budzikiem. A najlepsze jest to, że ja uwierzyłam. Wiem, wiem, to tylko taka zasada. U mnie jest tak:Kładę się wcześnie ---> późno wstaję. Kładę się późno ---> wcześnie wstaję. Ale ludzie właśnie tacy są. Szukają dowodu na to, że nie istnieje Stwórca. Ja taka jestem. Nie znoszę takiej siebie.
Myślę, że wkroczyłam na dobrą ścieżkę. O ile są jakieś ścieżki. Błądzę, pukam, szukam, ale chyba o to chodzi. Tak jak pisał Gaarder. To "coś" musi przeniknąć całą mnie, muszę to "coś" przekazywać całemu światu. Nie mogę tylko zagłębiać się w pewne zakamarki mojego umysłu. Jeszcze nie jestem gotowa. Doszłam jednak do pewnej prawidłowości Bóg jako przyjaciel=szczęście. Nie potrafię tylko żyć w przekonaniu, że dzieje się tak, bo urodziłam się w takiej a nie innej rodzinie. Nie. Nie potrafię tego pojąć. Nie rozumiem takiej "sprawiedliwości". Nie wiem czemu dostałam trzy z matmy chociaż uczyłam się całe popołudnie, a ktoś inny dostał pięć, chociaż w ogóle się nie uczył. Nie wiem czemu, niektórzy umierają z głodu a inni z przejedzenia. Czemu, Boże? Nie wiem czemu chcę pomóc całemu światu. Nie mam zielonego pojęcia! Nie wiem też dlaczego tłumię to w sumie. Pewnie dlatego, że brak mi odwagi. Zresztą przecież oni dla mnie nic nie znaczą. Lubię ich, tak, ale za pół roku nie powiedzą mi nawet "cześć" na ulicy? Więc dlaczego byłam taka zadowolona kiedy pożyczyłam Karolinie Pismo? Albo kiedy zaniosłam Oli zeszyt od matmy? Kiedyś byłam... inna? Może pod tym względem zmieniłam się na lepsze, ale większy kontakt z ludźmi oznacza mniejszy kontakt z Gabrielem. Już nie piszę, bez niego to do niczego nie prowadzące męki.
Mama sprząta. Czuję, że muszę jej pomóc. Zresztą czeka mnie matematyczno-biologiczno-geograficzno-fizyczno-chemiczna powtórka. Hm, może nawet nie zaczynać?
Nie pamiętam już czasów kiedy pisałam coś konstruktywnego. To kolejna notka dla siebie, ale zawsze pomaga. Mi oczywiście.
Boję się piątku.
sobota, 4 lutego 2012
See you soon
Po chwarnym piątku miało być lepiej. Nie jest. Może dlatego, że to nie był wcale chwarny piątek, chociaż miał być. Moją głęboką melancholię, której aktualnie nie potrzebuję staram się zamienić na zapał do nauki. nawet mi wychodzi. Odrabianie ćwiczeń z chemii i fizyki jest takie... pomocne? Lambda siejąca (a może zbierająca?) ziarno wygląda tak ładnie. Tak cudownie, że mogłabym dalej trwać w stanie nieważkości, a w świecie materialnym tylko uczyć się i... i nic. Tak na razie jest lepiej. Mogę trwać w takim życiu-nieżyciu chociaż do egzaminu, zamieniając melancholię w zapał do nauki. Bylebym tylko za bardzo się do tego nie przyzwyczaiła. Boję się, że znowu się zawiodę, dlatego z góry najlepiej nie mieć nadziei, tak jest łatwiej. See you soon mr. Gabrielu, do kiedyś tam.
niedziela, 22 stycznia 2012
środa, 18 stycznia 2012
Muszę pogadać z Tatą.
Kiedyś zmienię być może coś konkretniejszego. Muszę dojść do stałego porządku. Ciekawe czy Bogu jest dumny ze mnie i z Panny Pokli za ten Kościelny Szyk. Muszę policzyć ile to już koszulek liczy Kościelny Szyk. Z trwogą myślę o rekolekcjach wielkanocnych. Całe szczęście jeszcze dużo czasu. Jeszcze jest zima. Jeśli znowu mam leżeć ledwo co żywa i niewierząca to ja dziękuje bardzo.
Szczerze mówiąc nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo rodzina wpływa na życie człowieka. Nie chce mi się wracać do domu. Wszędzie, byleby tego nie słuchać. Najgorsze jest to, że nie wiem co wtedy czuję. Chyba nic. Nie, nie potrafię tego nazwać.
Muszę porozmawiać z pewnym Jezusem, Tatą bądź Sarayu w bardzo pięknej postaci. Mam ochotę. Wielką. Podobną do tej kiedy chciałam narysować Jezusa na zeszycie od religii, ale tego nie zrobiłam.
Nie potrafię się określić.
Zrobiłam dziś coś wymagającego, przynajmniej w moim przypadku, ogromnej odwagi. Wciąż pamiętam głośne, rytmiczne stukanie mojego serca. Jestem z siebie zadowolona.
A teraz wstawię zdjęcia dla samej siebie i udokumentowaniu tego, że te piękne chwile się wydarzyły.
Szczerze mówiąc nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo rodzina wpływa na życie człowieka. Nie chce mi się wracać do domu. Wszędzie, byleby tego nie słuchać. Najgorsze jest to, że nie wiem co wtedy czuję. Chyba nic. Nie, nie potrafię tego nazwać.
Muszę porozmawiać z pewnym Jezusem, Tatą bądź Sarayu w bardzo pięknej postaci. Mam ochotę. Wielką. Podobną do tej kiedy chciałam narysować Jezusa na zeszycie od religii, ale tego nie zrobiłam.
Nie potrafię się określić.
Zrobiłam dziś coś wymagającego, przynajmniej w moim przypadku, ogromnej odwagi. Wciąż pamiętam głośne, rytmiczne stukanie mojego serca. Jestem z siebie zadowolona.
A teraz wstawię zdjęcia dla samej siebie i udokumentowaniu tego, że te piękne chwile się wydarzyły.
Smutna Magda, która była wesoła. Piąta od lewej.
A w środku Jezus.
Dzieło moich rąk. Biszkopt opadł dwa razy.
Przyjemna męka :)
Tiru-riru - jak mawiam kiedy jestem szczęśliwa.
No i ten głupi aparat! Miało być widać tylko moje babeczki.
Babeczki na szczytny cel. Kiedy to było? Chyba z tydzień temu.
Byłam okropnie zmęczona po zrobieniu około 70 babeczek, ale
jaka szczęśliwa. I ja się pytam:gdzie to szczęście uleciało?
Muszę pogadać z Tatą.
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Niech chcę.
Nie chcę tego dnia.
Nie chcę tego roku.
Nie chcę spędzić całego życia ze sobą.
Piszę tylko wtedy, kiedy jestem maksymalnie zła lub załamana. Moje palce tylko wtedy potrafią coś napisać. Pisząc "coś" mam na myśli w zasadzie "nicoś" - jakieś głupi zdania, nic nie znaczące.
Znowu zaczynam, a myślałam, że stałam się mądrzejsza.
Fuper przeszło do historii. Stało się archaizmem. O tak. Bo "coś" nie jest złe i dobre. Coś jest albo złe, albo dobre. Ja jestem zła. Mylę się, wiem. Bóg mnie kocha (jeśli istnieje). Pfi, phi. Mnie się nie da kochać. Jestem zbyt okropnicka.
Dziękuję tylko za tych wspaniałych ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Za nic. Nie zasłużonych. Dla mnie.
Nie chcę tego roku.
Nie chcę spędzić całego życia ze sobą.
Piszę tylko wtedy, kiedy jestem maksymalnie zła lub załamana. Moje palce tylko wtedy potrafią coś napisać. Pisząc "coś" mam na myśli w zasadzie "nicoś" - jakieś głupi zdania, nic nie znaczące.
Znowu zaczynam, a myślałam, że stałam się mądrzejsza.
Fuper przeszło do historii. Stało się archaizmem. O tak. Bo "coś" nie jest złe i dobre. Coś jest albo złe, albo dobre. Ja jestem zła. Mylę się, wiem. Bóg mnie kocha (jeśli istnieje). Pfi, phi. Mnie się nie da kochać. Jestem zbyt okropnicka.
Dziękuję tylko za tych wspaniałych ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Za nic. Nie zasłużonych. Dla mnie.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)