Ładuje swoją mózgownicę w wakacje. Ale zbyt dużo wolnego czasu nie jest dobre, a wiem to z własnego doświadczenia. Można na przykład nic nie robić, albo oglądać głupie filmy. Można też robić wiele produktywnych rzeczy. Jeżeli ma się czas i odwagę można nawet spotkać Boga na ulicy. Jeżeli się chce. Nie tylko na ulicy. Ludzie mi mówią, że zwariowałam. Nie dosłownie, ale patrzą na mnie jakbym była niespełna rozumu. Rozważałam tę opcję także, ale to nie to. Tyle we mnie miłości (nie mojej), że wariuję. I to wydaje mi się dziwnie normalne. Chciałabym umrzeć. "Dla mnie bowiem żyć - to Chrystus, a umrzeć - to zysk" (Flp 1,21). Lubię myśleć, że wszystkie chwile z mojego życia zbiegły się, by przyprowadzić mnie w pewne cudowne miejsce w te wakacje. Wierzę, że tak było. Ludzie są, ale jakby ich nie było. Kocham ich, ale są tacy... przyziemni? Ja stoję na ziemi tylko jedną nogą. Nie czuję przywiązania. Skąd mi się to wzięło? Od kiedy? Nie polegam już na istotach, przyszło mi to samo z siebie. Znalazłam swoją własną górę, swoją własną drogę do szczęścia. I kiedy patrzę z perspektywy czasu to mogę stwierdzić, że stał się cud. Wierzę, że dalej będzie trwał. Mój Pan mnie uzdrowił, wyleczył. A ja? Tylko Go poprosiłam. I prosiłam o to codziennie, a Jemu chyba spodobała się moja wytrwałość. Myślę, że jestem wyzwolona, gotowa do miłości i walki.
I Jonsi, bo się nie powstrzymam. Jonsi, bo to moja (ostatnio) miłość muzyczna.